Józef Okulewicz

NIE WIADOMO CO - czyli o prawie znajdywania

Wspólną cechą wszystkich rozpatrywanych środków masowego przekazu, tzn. radia, telewizji i Internetu (a także aktora) jest ich dwufazowość. Internet jednak odróżnia się od pozostałych tym, że dodatkowo jest środkiem przekazu dwukierunkowego. Ponadto radio i TV uzurpowały sobie aktywną rolę w doborze treści przekazu jak i terminu nadawania, tłumacząc się ograniczoną przepustowością środka przekazu. Na szczęście w przypadku Internetu przyznanie się do ograniczonej przepustowości kompromituje pośrednika, więc dąży on do jej maksymalizacji. Tym samym jednak traci on pretekst do oddziaływania na przekaz, co oczywiście jest korzystne dla użytkowników Internetu i leży w interesie zarówno autorów jak i odbiorców.

W efekcie ilość materiału umieszczanego w Internecie i czas jego eksponowania zależą wyłącznie od autora. Ważne jest przy tym, że nikt z zewnątrz nie cenzuruje materiałów a odbiorca może mieć kontakt z autorem, dzięki czemu nie tylko może poznawać opinie autora ale też zadawać mu pytania i komentować jego dzieło.

Z zasady działania przekazu internetowego wynika, że wprawdzie tak jak w przypadku radia czy telewizji, autor oddaje mu swe dzieło, ale odbiorca może się z nim zapoznawać wtedy gdy sam zechce, a nie wtedy gdy chciałby tego jakiś dysponent. W wyniku tego pomiędzy autorem a czytelnikiem powstają warunki dla zaniknięcia bariery przestrzeni, a pozostająca nadal bariera czasowa może być przez odbiorcę przekraczana w dowolnie wybranej przez siebie chwili. Żaden adept dysponowania tym przekazem nie może w to ingerować. Autor może mieć pewność, że jego przekaz dotrze kiedyś do odbiorcy i nikt poza tym odbiorcą mieć na to wpływu nie będzie.

Oczywiście, że rodzi to rozmaite niebezpieczeństwa. Dlatego zatrwożeni samozwańczy opiekunowie ludzi biją na alarm. Wzywają do nałożenia na Internet cenzury dla dobra zarówno autorów jak i odbiorców. Technicznie jest to zapewne możliwe, ale brakuje przekonujących dowodów potwierdzających apokaliptyczne wizje destrukcyjnego wpływu Internetu.

Internet wprawdzie nie daje luksusu skłonienia odbiorcy do natychmiastowego odebrania przekazu, ale nie jest to też konieczność błagania dysponenta środka przekazu o jego "puszczenie". Za to umożliwił złamanie roli cenzury dzięki ominięciu przeszkody, jaką stanowią pośrednicy w przekazywaniu wiadomości. Nie zawiera jednak podpowiedzi, które wiadomości warto odbierać bo są ważne. Dlatego znalezienie czegoś co może być interesujące, może sprawiać spore (coraz większe) trudności. Ale znalezienie czegoś użytecznego zawsze było trudne, więc pod tym względem Internet nie odbiega od normy.

Jest tak jak było od zawsze i jak być powinno, tzn. dzieło autora od momentu powstania jest w dyspozycji odbiorcy, który może albo chcieć albo nie chcieć się z nim zapoznać.

Z technologii przekazu internetowego wynika to, że autor najpierw umieszcza jakąś treść w Internecie, a potem odbiorca to znajduje. Autor umieszcza teksty subiektywne, o których prawdziwości jest przekonany ale nie musi a często nawet nie zamierza co do tego przekonywać odbiorcy. Umieszcza to co sam chce w przyjętej przez siebie formie i w zakresie jaki uznaje za właściwy. Nikt mu tego nie recenzuje, nie sprawdza i nie poprawia. Komunikaty nie muszą zniknąć ale mogą przestać być aktualne. Nie muszą też być kompletne. Oczywiście odbiorca dociera do zamieszczonych materiałów nie wtedy gdy mógłby chcieć tego autor, lecz w wyniku poszukiwań prowadzonych we własnym zakresie. Może przy tym męczyć go nie tylko szukanie, ale też wielość i rozmaitość materiałów, gdyż dotąd był przyzwyczajany do tego, że właściwe treści docierają do niego bez własnej aktywności, a nawet wbrew jego woli czy sprzeciwom.

Z tą technologią wiąże się "przekaz własny" Internetu, którego dotyczą prawa przekazu internetowego. Są bowiem dwa takie prawa, jedno dotyczy odbiorcy a drugie autora. Określają one treść komunikatów jakie dodaje "od siebie" Internet do tego co otrzymuje odbiorca lub autor. Treść tych przekazów można sformułować następująco:

Prawa te można świadomie wykorzystywać zarówno dla czyjegoś dobra jak i na czyjąś szkodę. Autor może zatroszczyć się o wiarygodność tekstu - na co są znane metody - nie mogąc w tej kwestii polegać na recenzentach wydawcy. Ale może też świadomie wzmacniać ten dodatkowy przekaz poprzez utrudnianie weryfikacji tekstu.

Podobnie odbiorca - świadomy prawa przekazu internetowego - może niwelować jego wpływ na komunikację podając rozmaite dane uwiarygodniające jego komunikat, albo też specjalnie powiększać dezorientację osoby, do której się zwraca.

W każdej z tych sytuacji można się spotkać ze zrozumieniem albo z przykrą w skutkach ripostą - zresztą jak zawsze w życiu.

Formalnie poczta internetowa nie różni się od tradycyjnej poczty w kwestii wysyłania zapytań do autora. Dawniej też można było wysłać list tradycyjny podając w nim fałszywe dane o nadawcy i miejscu nadania.
Jednak tradycja związana z powstawaniem poczty usunęła takie pomysły na margines, choćby przez to, że trzeba było mieć ważny powód by dla takiego żartu wysyłać i opłacać posłańca z listem.
W przypadku Internetu od początku upowszechniane jest przekonanie, że wysłanie listu kosztuje nadawcę tyle co ponaciskanie klawiszy z odpowiednimi znakami a na końcu "send" i "enter". Często nawet nadawca nie wkłada wysiłku by przed wysłaniem przeczytać to co napisał licząc na to, że zrobi to odbiorca (który najczęściej to robi).
Stąd maniera by pozostawiać błędy literowe, nie mówiąc o gramatycznych czy ortograficznych.

==>

<== powrót do początku